Relacja z wyprawy
Wpisany przez afidot   
piątek, 08 maja 2015 11:35

     alt Artykuł z tygodnika ANGORA "Poddają się drodze" 23.11.2014

30-letnia Łada Niva nie zawiodła. Rafał i Adam z Głogówka dotarli nią do drugiej z najwyżej położonych dróg świata, „Pamir Highway” w Tadżykistanie.

- Przejechaliśmy naszą Ładą wcześniej drogę do Kirgistanu, Armenii, jest „naprawialna” w każdych okolicznościach, zwłaszcza na terenach byłego ZSRR. Skrzynię biegów ratował mechanik od parowozów, przy zjeździe z gór w Tadżykistanie zapowietrzyły się hamulce, kilka razy urwały się amortyzatory… Siedem awarii - mówi Rafał Sierecki z Grupy Wyprawowej „Horyzont” z Głogówka. Razem z Adamem Fidotem pokonali w tej wyprawie ponad 14. tys. km. - Dobrze, że w wioskach są zdolni ludzie, którzy wiedzą, jak łatać, spawać, bo jeżdżą po takich złych drogach, że co chwila muszą naprawiać auta. Bardzo często po drodze w Azji widać napisy „sfarka”, czyli spawarka – dodaje Adam.

Zasada: bez nawigacji

Tym razem wybrali się do Azji przez Białoruś, ze względu na wojnę na Ukrainie. Na trasie mieli Rosję, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan. Rozbijali namioty w lesie, na pustyni, w stepie, na pastwiskach. Szukali nie tylko kontaktu z ludźmi, ale i bliskości przyrody. Uciekali od wielkich miast. – W pierwszą noc zepsuł mi się zamek błyskawiczny do sypialni namiotu, a zasada jest taka, że namiot musi być szczelnie zamknięty, by uniknąć wizyty węży czy innych nieznajomych. Pięć „dyżurnych” wyprawowych agrafek musiało zastąpić zamek. Zaraz na początku podróży przeszedł nam drogę pająk wielkości dłoni, pomyślałem, no cóż, idealny do mojej nieszczelnej sypialni…- śmieje się Rafał.

Granicę Białoruś-Rosja przejechali „bezboleśnie”, jak w UE, ze względu na unię celną obydwu krajów. – Rosję znamy z poprzednich wypraw. Nie odczuliśmy, by ktoś na nas krzywo patrzył za pomoc udzielaną Ukrainie – mówi Adam. – Trąbiono na widok Łady, pokazywano kciuki w górę, czuliśmy uprzejmość wobec gości zza granicy. Drogi się znacznie poprawiły, choć oznaczenie nadal jest kiepskie. Najbardziej niebezpieczne są dziury po ukradzionych na złom studzienkach, głębokie na pół metra i więcej. Oznaczenia w przejazdach przez miasta to znaki na rogatkach, potem trzeba sobie radzić. Mamy zasadę, że jeździmy w podróże bez nawigacji, chcemy trafiać sami. Czasem droga wiedzie na podwórka do ludzi, na nieoznaczone sioła; poddajemy się drodze – zaznaczają podróżnicy z Głogówka. Ostatnio jechali drogą Rosja-Kazachstan sześć lat temu, ta droga też jest dużo lepsza, wpadli zaledwie w dwie dziury. Po godzinie spędzonej na granicy wjechali do Kazachstanu. Tam już mieli w samochodzie po 35-38 stopni, gorzej było potem w Uzbekistanie, 48 stopni. W drodze do granicy Uzbekistan-Tadżykistan przeżyli nocne odwiedziny stada wielbłądów, ale obyło się bez wzajemnych niepokojów. Bo nocą lepiej nie jeździć po Azji, mało kto ma światła, a drogi są pełne niespodzianek.

To nie są dobrzy ludzie

Adam prowadzi skrupulatnie statystyki wyprawy: co, gdzie, za ile. Rafał sporządza dziennik wyprawy, w którym opisuje każdy dzień. Dzięki temu można odtworzyć, jaki dystans dziennie pokonywali, jakie były ceny paliwa, awarie, wydarzenia, przejazdy przez granice. Takie informacje są cenne również dla innych turystów, mogą się dzięki nim przygotować do swoich wypraw.

Ponieważ na przejazd i pobyt w krajach Azji, w Uzbekistanie czy Tadżykistanie dostaje się wizę na dokładnie wyznaczony czas, każda strata dnia jest niebezpieczna, służby graniczne są bardzo restrykcyjne. Uzbekistan wymaga też meldunku w hotelu, turystów „namiotowych” oficjalnie się nie wpuszcza. – Pewien rowerzysta, Francuz, powiedział nam, że granica, którą chcieliśmy przejechać, od następnego dnia będzie zamknięta przez dwa tygodnie. Pędziliśmy na złamanie karku. Okazało się to nieprawdą, a na granicy spędziliśmy siedem godzin. Uzbecy prześwietlali promieniami rtg koło zapasowe, zaglądali do baku, choć uśmiechali się słysząc, że jesteśmy z Polski. Ciekawe, bo i w Tadżykistanie, i w Kirgistanie słyszeliśmy potem, że „Uzbecy to nie są dobrzy ludzie”. My tego nie potwierdzamy – opowiada Rafał Sierecki. Takie etniczne sympatie i antypatie są częste w Azji. Formalności po tadżyckiej stronie trwały 10 minut. Zaskoczeniem była zmiana w postawie policji: 6 lat wcześniej w Kirgizji policja zatrzymała Polaków 62 razy, usiłując wymusić łapówki. – Nie dajemy łapówek, mamy swoje sposoby. Teraz nie zdarzyło się to ani razu, a policja w Tadżykistanie wręcz nas zaskoczyła: z uśmiechem pytali, czy mogą nam jakoś pomóc, coś dla nas zrobić – wylicza Adam Fidot.  

Tunel śmierci

Wkrótce trafili na słynny „tunel śmierci”, tunel anzobski, około 80 km od Duszanbe. Ma długość 5 km. Został wydrążony w skałach przez firmę irańską w latach 2003-2007, ale kontrakt opiewał tylko na drążenia, nie na oświetlenie, wentylację. - Dziś jest miejscami słabo oświetlony, bez asfaltu, zalany wodami gruntowymi, które czasami sięgają metra głębokości. Mówi się o śmierci kilku osób z powodu zatrucia spalinami – opowiadają medycy-podróżnicy. Tunel nigdy oficjalnie nie został oddany do użytku, ale nikt oficjalnie nie zakazał przejazdu nim. – Do niedawna był przy tunelu posterunek, gdzie podpisywało się oświadczenia, że przejeżdża się na własną odpowiedzialność.– dodają Polacy. Widzieli w jego wnętrzu grupy robotników, pracujących w spalinach. Rząd Tadżykistanu, jednego z najbiedniejszych krajów regionu, usiłuje oddać tunel do użytku; miał być gotowy w 2012. Skraca on podróż do stolicy kraju, Duszanbe, o 5 godzin w porównaniu do przejazdu górską, wąską, krętą drogą. Zimą jest nieprzejezdna, a o innych porach – niebezpieczna ze względu na szalejące potężne ciężarówki, którym lepiej usunąć się z drogi; częste są tam lawiny, osypujące się kamienie. Grozić może upadek w kilkusetmetrowe przepaści. Po drodze jest wiele mogił, symboli, że ktoś zginął, np. pewien polski motocyklista. – Anzobski „tunel śmierci” jest częścią międzynarodowej drogi M34, łączy Duszanbe z Chodżentem, drugim miastem Tadżykistanu, poza tym to główna droga od granicy. Nie mieliśmy tęgich min, kiedy zobaczyliśmy opary spalin, wydobywające się z tunelu, ale zamiast jechać 7,8 godzin jechaliśmy około dwie godziny. Baliśmy się jedynie, żeby nam auto w tunelu nie stanęło, poza tym wielkie kałuże też były niewiadomą: czy to kilka cm wody czy półmetrowa dziura… Jechaliśmy płynnie, spokojnie. Groźne były też chińskie ciężarówki - jeżdżą agresywnie, brutalnie. Przejazd przez tunel trwał 18 minut. Przeżyliśmy. Nie daje nam spokoju wspomnienie tych ludzi, pracujących w tunelu młotami pneumatycznymi, tam naprawdę nie ma czym oddychać – opowiadają podróżnicy.

Benzyna w „fancie” i „coli”

Adam, ratownik medyczny i Rafał, pielęgniarz anestezjologiczny na aucie mają oznaczone grupy swojej krwi, zawsze wiozą też swoje dokumenty medyczne. To jedna z elementarnych zasad w podróży. Pomiędzy wyprawami, pracą, życiem rodzinnym ukończyli studia turystyczne – połączenie tych profesji świetnie sprawdza się w drodze. Nie raz udzielali pomocy: opatrywali rany nieszczęsnej obywatelki Izraela, która w Laosie leżała ranna w skalnej grocie, pomogli ofierze wypadku samochodowego w Turcji… – Mamy zawsze ze sobą tabletki przeciwbólowe, przeciwbiegunkowe, antybiotyki. Zwykle mamy też adrenalinę. W Uzbekistanie większość medykamentów uchodzi za narkotyki i ograniczyliśmy tym razem ilość leków, których zawsze bierzemy więcej na różne sytuacje, by nas nie uznano za przemytników narkotyków – wyjaśniają medycy.

Pieniądze mieli zawsze przy sobie, porozdzielane, pochowane, każdy wedle swojego patentu. - W razie np. napadu oddalibyśmy tylko portfel z drobną częścią, dzienną pulą – uśmiecha się Adam Fidot. W Tadżykistanie nie ma raczej bankomatów, może kilka w stolicy, Duszanbe. Dolary na nic się przydadzą. Paliwo kosztuje 5 somoni (TJS) za litr, to około 1 dolara. W Uzbekistanie stacje benzynowe są zamknięte, tam i w Tadżykistanie benzynę kupuje się głównie po drodze, u ludzi (w Kirgistanie są stacje z benzyną i gazem). Przed domami są wystawione plastikowe, zwykłe 2-litrowe butelki po coli, wodzie, fancie, wypełnione benzyną. – To towar deficytowy, zwrotny! Są i kanistry, trzeba sobie wlać do baku, lejki są na miejscu. Często handlują tym dzieci, podobnie jak owocami przy drogach, np. świeżymi figami – mówi Rafał Sierecki. I wszędzie można zjeść lepioszki, czyli tamtejszy „chlebek”, który dobrze pamiętają Polacy, deportowani z Syberii do Azji podczas wojny. To była wówczas delicja.

Jestem Pamirczyk

Po drodze wypłaszczeniami w kierunku Pamiru ciekawym zjawiskiem były niewielkie „trąbki” powietrzne ponad polami. Widoczne po kilka na raz, co kilkaset metrów, wyrywają krzaki, mogą przewrócić rowerzystę, ale raczej nie samochód. – Odważyłbym się w pobliżu pójść na piechotę, najwyżej by mnie taka „trąbka” trochę powlokła ze sobą, ale rower bym odstawił – mówi Rafał. Większość dróg Tadżykistanu ciągnie się wzdłuż rzeki Amu-daria, szerokiej, płytkiej, która stanowi granicę z Afganistanem. Czasami słychać tam strzały z kałasznikowów. Amerykanie typowali ten teren, uchodzący za spokojny pas Afganistanu, tzw. korytarz wachański o długości 300 km i szerokości kilku, na miejsce pobytu Bin Ladena. Miejscowi pokazali im bazę amerykańska po stronie afgańskiej. Wokół dominują skały, czasem półka skalna z trawą, pastwiskiem, zbożem, jakąś uprawą. Starsi ludzie mówią oczywiście po rosyjsku, młodzi trochę po angielsku, ale z takimi w średnim wieku trudniej się porozumieć. – Pozwalali nam się rozbijać na swoich pastwiskach, uspokajali, że talibowie są w głębi Afganistanu, że przy granicy jest bezpiecznie – wspomina Fidot.

Cel wyprawy, Pamir Highway, druga najwyżej położona utwardzona droga świata prowadzi od Tadżykistanu, Afganistanu, Kirgistanu aż do Chin. To część dawnego Szlaku Jedwabnego. – Wyżej leży Karakorum Highway. Najwyższy punkt szosy pamirskiej leży na wysokości 4655 m npm. Od ok. 3 tys. m powietrze jest rozrzedzone i oddycha się trudniej. To zresztą „odczuwał” też samochód, nie wyłączaliśmy silnika podczas krótszych postojów, by się nie zagotowało w chłodnicy, bo temperatura wrzenia wody na wysokości jest znacznie niższa niż 100 stopni – wspominają Polacy. Słońce na tej wysokości jest bardzo ostre, wielu mężczyzn nosi maski z otworami tylko na oczy i usta. Na pierwszy rzut oka wyglądają groźnie, ale to tylko ochrona przed promieniami. – Mężczyzna w takiej masce wiózł w taczce swoje dziecko, roześmiane, on tak samo, jak się potem pod maską okazało – wspomina Rafał, mają ich na zdjęciach. - Ludzie z Pamiru nie czują się Tadżykami, nie lubią się z resztą kraju. Mówią „jestem Pamirczyk”. Na posterunkach wojskowych Tadżycy mówili „uważajcie na nich”. Znowu takie etniczne zaszłości – dodaje Adam.

Na pamirskiej szosie nie dało się jechać szybciej, niż 15-20 km/h, przeznaczyli na nią 13 dni, a wizę tadżycką mieli na 15. Każda mieścina po drodze jest dobrze oznaczona, napisy są i w cyrylicy, i po tadżycku. Niezbyt często widać godło Tadżykistanu, nie widać też pomników Lenina. Zadbany „wódz” stoi np. w Chorogu.

Arbuzy i chińskie telefony

Zauważyli, że tamtejszy, tadżycki islam jest bardzo łagodny, kobiety są śmiałe, uśmiechają się do obcych, machają im na drogach, ściągają nakrycia głów do zdjęć, pokazują włosy… Meczety, minarety są mało widoczne, za to w Pamirze trafili na stupę buddyjską z VII wieku, symboliczny grób Buddy. Po drodze trafili na pole z arbuzami, brzoskwiniami i pieprzowymi krzewami. Tadżyk pilnował go na zmianę z synem, dzień i noc. To źródło utrzymania rodziny. „Dziadek”, jak Rafał z Adamem go nazwali, pozwolił im zanocować i podarował dwa arbuzy na powitanie. Zaprosił na kolację: rosół z wołowiny, lepioszki i oczywiście, arbuza. Jedli tradycyjnie, siedząc na podłodze. – To były najlepsze arbuzy! Serdeczny gospodarz był ciekaw wieści ze świata, mówił, że goszczenie nas to zaszczyt. Kiedy rano wychodziliśmy z namiotów, zauważyliśmy trzy obserwujące nas kobiety, na kucąco oczywiście, bo tam w tej pozycji się rozmawia, odpoczywa. Pokroiliśmy arbuza, poczęstowały się zawstydzone, ale z uśmiechem i odeszły. Ludzie są tam ciekawi innego człowieka, dzieciaki przychodzą, zaczepiają, pytają – nie boją się ludzi, nie wstydzą. Jesteśmy „sztywni” w porównaniu z nimi – konstatują podróżnicy. Wieźli ze sobą drobne upominki, długopisy, smyczki, itd., które najbardziej cieszyły dzieci; nigdy nie dawali pieniędzy. Wszędzie widać dzieci w mundurkach szkolnych i z teczkami, dziewczynki z wielkimi kokardami we włosach. – Tadżycy to szczególnie piękni, smukli ludzie, ponoć to pozostałość po szczodrości w miłości Aleksandra Wielkiego. Kobiety są tam niezwykle urodziwe, o ciemnej karnacji i włosach, niebieskich oczach.– dodaje Rafał.

Mieszkańcy Tadżykistanu, sąsiedzi Chin zafascynowani są telefonią komórkową, która ma tam znakomity zasięg. Prawie każdy ma chińską podróbę Nokii albo jakieś stare modele telefonów. – Nasz Tadżyk od arbuzowego pola zapytał, czy moglibyśmy może wysłać mu jakiś nowszy telefon – mówią Rafał i Adam. Nim się pożegnali, okazało się, że „dziadek” cierpi na ból żołądka. Pomogły mu polskie leki, zaaplikowane przez medyków z opolszczyzny.

Herbata, woda, wódka

Oczywiście, tradycją i typowym napojem jest herbata, zielona, gorzkawa, czasem czarna. To święta rzecz, nie odmawia się jej, a praktycznie każdy chętnie gościa przyjmuje i częstuje. Jedzenie jest raczej monotonne – drób, wołowina, lepioszki i pomidor, ogórek, cebula; prosta zupa, ziemniaki i szaszliki. Przy domach toalety są oddzielne, na zewnątrz, „kucanki”. Przeważnie z pociętymi gazetami zamiast papieru.

Jada się też w czajchanach, zajazdach. Kiedy lepioszków nie można kupić, bo ludzie pieką je w domach, dzielą się z turystami swoimi. Rafał i Adam pili wodę do mycia czy otrzymaną po drodze, kiedy brakowało im butelkowanej. Oczyszczali ją w specjalnych turystycznych butelkach z filtrem, wiezionych z Polski. Ciepła woda, gorąca kąpiel to rzadkość, ale od czego gorące źródła! W drodze przez Pamir jest ich sporo, przeplatane są pozostałościami starych twierdz. W miejscowości Yamchun są źródła Bibi Hanim, w naturalnej scenerii wchodzi się na golasa do męskiego i damskiego „basenu” skalnego za kilka somoni… - Spotkaliśmy tam rodzinę tadżycką, która mieszka w Moskwie, ale przyjeżdża tu na wakacje. Oczywiście wtedy znalazła się i wódka... – mówi Rafał. Taki wieczór bywał zbawczy, oczyszczający: - Dwóch facetów skazanych na siebie na kilka tygodni w jednym aucie, którym pokonywaliśmy od 200 do raz nawet 777 kilometrów dziennie, musi czasem na siebie „powarczeć”. A Niwa jechała najwyżej 90 km/h, i to z górki… - przyznają.

I Lewandowski w Kazachstanie

Bardzo poważna awaria miała miejsce w drodze powrotnej z Tadżykistanu, padła w Ładzie skrzynia biegów. To był już Kazachstan. Pomógł wspomniany fachman od parowozów. – Ja zabieram się do roboty, a moja rodzina was ugości – odrzekł spod samochodu. Żona i czworo dzieci zajęli się Polakami. Nagle wchodzi piąte, syn, i ma na sobie trykot piłkarski z nazwiskiem „Lewandowski”. – Nie mógł uwierzyć, że go znamy, że to Polak. A nas zaskoczył wiedzą o „Lewym”… - wspomina Adam. Kazach po wielu godzinach pracy, zebraniu oleju do skrzyni z całej wioski nie chciał od podróżników grosza: - Potrzebujecie na podróż - mówił. – A ty masz dzieci – odpowiadali. W końcu podał Polakom, którzy upierali się przy zapłacie, jakąś kwotę. Okazało się potem, że kosztowałoby to w warsztacie dziesięć razy tyle… - To są tacy ludzie, szczerzy, serdeczni. W Rosji, Kazachstanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie… Sami mają niewiele, ale dzielą się wszystkim. To odświeża naszą „materialną” perspektywę, uzdrawia – kończą Rafał Sierecki i Adam Fidot.

Wysłuchała i zebrała, żałuje, że nie była: Beata Dżon-Ozimek

 

Poprawiony: piątek, 08 maja 2015 13:55